poniedziałek, 17 grudnia 2012

Zemsta jest rozkoszą bogów

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych z nas nadchodzi ciężki czas. Bo święta, a jak święta to czas rodzinny, życzenia z głebi serca, wybaczenie... Od razu powiem, nie mam najmniejszej ochoty na wybaczenie, może kiedyś tam zdobędę się na wspaniałomyślną obojętność. Nie dlatego, że jestem zawziętą, zapiekłą w cierpiętnictwie suką. Poprostu uważam, że na moje wybaczenie zasługuje ktoś kto chrześcijańskim zwyczajem jest w stanie przyznać się do grzechu, pożałować, postanowić poprawę i zadośćuczynić. Psychofagi niestety nie znają czegoś takiego jak rachunek sumienia, nawet gdyby znali okazałby sie całkowicie zbędny bo trzeba najpierw mieć te sumienie, a gdzie tam liczyć na cały cykl odpuszczania grzechów? Dlaczego więc miałabym zdobyc się w tym przypadku na dar odpuszczenia? Trudno, jestem na etapie złości, baaaa....wściekłości, i kombinowania niczym Monte Christo. Nie ma co, chciałabym dokopać R., przynajmniej mentalnie. W tym jednym przypadku wolę uczyć sie na cudzych błędach, które jasno sugerują, że zemsta potrzebuje czasu, przygotowania, a działanie w afekcie może zakończyć się katastrofą, szkodzącą bardziej mnie niż psychofagowi. A więc mentalnie poprzestałam na stworzeniu listy wszystkich plag i klęsk które mają za sprawą opatrzności spłynąć na gada i tyle...Czegóż tam nie ma? Od straty pracyi przyjaciół poczynając,na impotencji kończąc. Same okropieństwa za które normalnie byłoby mi wstyd.Tyle wystarczy, moi drodzy, napisać, schować i ewentualnie odchaczać zaliczone wpadki. Zemsta ponoć rozkoszą bogów, moją też, choć żadna tam ze mnie bogini. A jeżeli chodzi o praktyczne mszczenie się...znam sposób mniej bolesny, absolutnie doskonały i przede wszystkim prosty, a skuteczny w wykonaniu. Po pierwsze odetnij się od psychola. Odetnij mu pożywkę ze swojej duszy, obojętnie ile czasu żarł Twoje serce, czasem słone od łez pora żeby zaczął zdychać z głodu. Bez poczucia kontroli, będzie marniał w oczach. A potem zacznij pięknieć i fizycznie i psychicznie, poświęć czas sobie i dzieciom, ignoruj gada, doprowadzisz go do wściekłości. Wiem, nie jest to proste, zwłaszcza że z toksycznego związku nie wychodzi sie od tak, ale wykonalne. A gdy już trochę okrzepniesz, uzbrój sie w cierpliwość, tu nie trzeba wiary w opatrzność i sprawiedliwość nierychliwą. Weź to na logikę, jakie będzie życie psychofaga za kilka lat? Wszak każde środowisko jest ograniczone, ile lat jeszcze mozliwa będzie haremowa logika, skoro świat psychofaga też ma granice, a ludzie niby nie widzą, ale...swoje wiedzą. Ograniczenie wiekowe psychofaga z jednej strony, coraz trudniej będzie wyrwać kolejną, piękną, młodą (czytaj reprezentacyjną) laskę, chyba, że na jeansy w galerii ( ale to psycholowi nie w smak, wszak za jeansy trzeba zapłacić), te starsze, pożądne  co to na głowną kołdrę pilnującą pieleszy najlepiej się nadają,też raczej już zajęte...Aż tu pewnego dnia pomimo chęci przypląta się wiekowa dolegliwość i kto wie czy niebieska tabletka jej zaradzi. Ileż jeszcze lat będzie odczuwał tą przyjemność związaną ze zdobywaniem rzeczy, kobiet, a potem nachodziło go znudzenie? Wyobrażacie sobie to chwilowe, agonalne podniecenie, żądzę posiadania, zadowolenie ze zdobycia i coraz częśćiej złość i frustrację, bo zdobywanie z wiekiem będżie coraz trudniejsze jeżeli nie awykonalne. Aż nadejdą czasy gdy znajomi będą pochłonięci własnymi sprawami, bo dzieci, wnuki, a psychol będzie sam w domu który mu się znudził, życiu które mu się znudziło, samotny...Wiecie, że z wiekiem psychole łagodnieją, jest szansa, że kiedyś (daj Boże )odczują jednak cierpienie. Jaka to satysfakcja być wtedy daleko, szczęśliwą. Czy to nie najlepsza zemsta? 
A jeżeli chodzi o święta....Dla mnie to bardzo trudny okres...Nie zawsze tak było, pamiętam czasy gdy byłam jeszcze z pierwszym mężęm. Najfajniejszy był ten okres przedświąteczny, wspólne zakupy prezentów, jedzenia i choinki. A potem gotowanie, te aromaty, te wspólne kolędowanie były bezcenne. Psychofag zniszczył cały ten klimat, pomimo wielu prób wciągnięcia go w te wspaniałe rytuały nie załapał bakcyla. Prawdziwa choinka była fanaberią na którą trzeba wydać pieniądze, rodzinne spotkania obowiązkiem doprowadzającym go do szaleństwa. W mojej rodzinie jestem jedynym rozwodnikiem, mam wrażenie, że podczas spotkań wszyscy patrza na mnie z litośćią no i jeszcze te życzenia przy dzieleniu się opłatkiem...Nigdy nie usłyszałam od rodziców zwykłej sztampy, że zdrowia, że szczęścia, zawsze coś w rodzaju pouczeń i cierpiętniczych uwag, zmądrzej, żebyśmy już przez Ciebie ni siwieli, nie musieli dokładac i takie tam...Co roku sprawia mi to straszna przykrość, odczuwam napięcie juz kilka dni przed wigilią...
PS. Czasem jak mnie olśni....stwierdzam, że tracę energię na życzenie psychofagowi źle, że może poprostu lepiej zacząć sobie życzyć dobrze :)

wtorek, 11 grudnia 2012

Serce i rozum, a na dodatek....psychofag

 Moje serce ostatnio staram się ignorować, z różnym skutkiem, ponieważ generalnie w moim życiu odgrywało ostatnio rolę decydującą...Rozum powoli dopuszczany do głosu, niechętnie, ale jednak. Dowodem na to, że można, jest ten blog. Bolesna prawda krzyczy: na wszystko w życiu do tej pory miałaś (sic..., przepraszam za kolokwializm) wywalone, na wszystko oprócz psychofaga. I udowadniałaś sama sobie, ze można znaleźć nawet gruszki na wierzbie, oczywiście dla szanownego psychola, bo dla siebie nie schyliłabyś się nawet po gruszkę leżącą pod gruszą. Teraz zaczynam to rozumieć, brakuje mi systematyki, konsekwentnego działania, zwykłego chciejstwa. Ten blog ma być dowodem, że ucieczka z toksycznego, chorego związku wymaga konsekwentnego, systematycznego działania. Nie jest to proste, wiem...
Pamiętam ten czas całkowitej dezorientacji kiedy to zupełnie nie wiedziałam o co chodzi w moim związku. Ugruntowany pogląd społeczny w który wierzyłam całym sercem mówi, że związki rozpadają się z winy dwóch stron.Często powszechnie się słyszy "oboje są siebie warci". Wina nie musi się rozkładać po równo, często jedna ze stron zawini bardziej, z pewnością jednak krzywda nigdy nie jest celowa. Tak myślałam, owszem i to myślenie nakazywało mi starać się, dbać o związek aż do pożygu, aż do całkowitego wycieńczenia psychicznego i fizycznego, bo przecież skoro komuś ze mną źle, skoro mój partner troskliwie stara się mi przekazać, że nie staram się zbyt mocno to ponoszę winę za brak harmonii w związku. Na szczęście rozum w końcu się zreflektował, dezorientacja zamieniła w zwykłą babską ciekawość zgłębienia tajemnicy. Poprostu zrozumiałam, że moje wewnętrzne moralne granice są stopniowo przesuwane, że w końcu sama zupełnie dobrowolnie z nich zrezygnuję i że to sprawia, że coraz mniej w moim ciele mnie. Zresztą nie tylko tożsamość znikała, ciało też stawało się obce, brzydkie, szare, ...Serce się pochorowało, na całe szczęście, dzięki niemu zamiennie mógł zadziałać rozum. Wystarczyło go posłuchać, a logicznie perorował, że bywają sytuacje kiedy wina jednej strony jest całkowicie bezsporna, ponieważ druga strona całkowicie nie istnieje, jest tylko i wyłącznie dawcą. Och, nawet wtedy pomyślałam, że jestem poprostu zarozumiała, zbyt dumna, idealizująca siebie, jednakże tylko przez chwilę, gdyż szukanie źródeł wiedzy na interesujący mnie temat rozwiało wszelkie wątpliwości. Zgłębiłam temat psychofagii w stopniu eksperckim, wszak nie jestem tylko teoretykiem. Zgłębiłam pilnie, ponieważ, o zgrozo...wciąż chciałam znaleźć lekarstwo dla ukochanego człowieka. Dziś już wiem, po pierwsze takie lekarstwo nie istnieje, po drugie pacjent nie wyraził by zgody na leczenie. To ja potrzebuję czegoś w rodzaju antidotum, nie leku (bo nie jestem chora). Tym antidotum na początek będzie systematyka :)